Spogladając w pochmurne niebo zadałem sobie pytanie: Co może robić archiwista na emigracji? O tym i kilku innych sprawach będzie ten blog.
RSS
środa, 10 grudnia 2008
Stanisław Frydberg w Dublinie? cz. 1

Zgodnie z obietnicą tematem dzisiejszego zapisku będzie przedwojenny polski skrzypek europejskiego formatu - Stanisław Frydberg. Poniższy tekst powstał na podstawie broszury oraz korespondencji zgromadzonej w National Archives of Ireland (NAI) w Dublinie. Oryginalne materiały sporządzono w języku angielskim stąd pewne określenia użyte w notce mogą nie odzwierciedlać w stu procentach znaczenia wyrażeń użytych w tekście pierwotnym.

Usilnie poszukiwałem jakichkolwiek informacji wpisując jego nazwisko w polskich „goglach" - bezskutecznie. Skromne wyniki poszukiwań pojawiły się dopiero po użyciu anglojęzycznej wersji wspomnianej przeglądarki, linki odsyłają do kilku rekordów w brytyjskich archiwach oraz do artykułu w indyjskiej gazecie. Temat Stanisława Frydberga podzieliłem na dwie notki, w pierwszej znajduje się skrócony życiorys, zaś w drugiej przedstawię okoliczności, w jakich jego imię znalazło odzwierciedlenie w dokumentach przechowywanych w NAI.

Stanisław Frydberg urodził się w 1885 r. w Łodzi. Jako utalentowany muzycznie chłopiec dał się poznać już w wieku sześciu lat. Swój pierwszy koncert o charakterze charytatywnym dał cztery lata później na potrzeby szpitala żydowskiego w rodzinnym mieście. W poszukiwaniu lepszych perspektyw Frydberg udał się na naukę do Moskwy. W latach 1896-1904 uczęszczał do gimnazjum, które ukończył ze Złotym Medalem, jako prymus. Naukę kontynuował na Uniwersytecie w Moskwie, gdzie za przedmiot studiów obrał prawo i filozofię, po ich ukończeniu w 1911 r. rozpoczął praktykę prawniczą, która trwała następne sześć lat. Podobno żyło mu się na tyle dostatnio, że stać go było na posiadanie własnej stadniny koni wyścigowych. W międzyczasie poślubił córkę rosyjskiego generała.

Losy polskiego skrzypka odwróciły się w momencie wybuchu Wielkiej Rewolucji Październikowej w 1917 r. Bolszewicy zaproponowali Frydbergowi objęcie wysokiego stanowiska w administracji państwowej, ale ten z uwagi na odmienne poglądy politycznej odmówił. Brak aprobaty dla rządów rewolucyjnych oraz krytyczne wypowiedzi pod adresem bolszewików spowodowały dwukrotne uwięzienie Polaka przez Czeka i skazanie go na karę śmierci pod zarzutem „obrazy państwa". Skrzypek oczekiwał wykonania wyroku w więziennym lochu, gdzie grywał na zostawionym przez wyrozumiałych strażników swoim ulubionym instrumencie. Podobno ostatnim życzeniem większości rozstrzelanych współwięźniów było jeszcze raz usłyszeć muzykę Frydberga przed egzekucją.

Piękna muzyka ocaliła muzykowi życie i w 1921 r. wygnany z ZSRR powrócił do odrodzonej Rzeczpospolitej, gdzie przez następne jedenaście lat pracował w zawodzie adwokata poświęcając jednocześnie cały swój wolny czas na doskonalenie muzycznych umiejętności.

W 1932 r. zdecydował się porzucić praktykę adwokacką na rzecz ukochanych skrzypiec i wyjechał do Niemiec. Od sierpnia 1932 r. do marca 1933 r. Frydberg dał 60 koncertów, większość z nich charytatywnie, jako pomoc dla bezrobotnych. Zdobył tym samym ogromną popularność na łamach niemieckiej prasy, która wychwalała go za talent muzyczny oraz szlachetne pobudki. Nawet Der Angriff, gazeta wychodząca pod auspicjami Goebbelsa w ten sposób wyraziła się o polskim skrzypku: Frydberg is natural genius of the violin...you must accept his playing as it is, that is his greatest asset. Żaden inny Żyd nie został nagrodzony do tego stopnia pozytywnym komentarzem w tym do szpiku kości przesiąkniętym antysemityzmem czasopiśmie.

C.D.N.

22:05, radomski.vis
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 20 listopada 2008
Relacja z meczu Irlandia – Polska

To był mecz!

 

Na stadion udałem się samochodem ok. 18.30. Wydawało mi się, że półtorej godziny zapasu powinno wystarczyć, aby dostać się z przedmieść do centrum. Zanim dotarłem do obwodnicy wewnętrznej Dublina utknąłem w długim sznurze samochodów, dopiero po kilku skrętach w lokalne uliczki udało mi się ominąć większą część korku. W dzielnicy Phibsborough (ok. 2 km od Croke Park) można było już zaobserwować grupki kibiców przystrojonych w białoczerwone barwy, jedna z nich intonując stadionową przyśpiewkę wypadła z lokalnego baru i radośnie śpiewając podążała chodnikiem w stronę stadionu. Im bliżej tego obiektu tym więcej grupek ludzi o podobnym charakterze spotykałem po drodze. W końcu pomimo problemów z parkowaniem umieściłem samochód w dość nieciekawej dzielnicy i udałem się dalej na piechotę. W promieniu ok. 500 metrów od stadionu ustawiono barierki na ulicach w celu powstrzymania ruchu samochodowego, w odległości 300 metrów rozmieszczono pierwszą linię punktów kontrolnych, pod samym obiektem znajdowała się ostatnia rogatka, gdzie sprawdzano bilety za pomocą skanerów. Trzeba dodać, że praktycznie na każdym skrzyżowaniu w drodze do stadionu znajdowali się funkcjonariusze Gardy (irlandzka policja) oraz wolontariusze w pomarańczowych kamizelkach, którzy służyli radą i kierowali do odpowiednich wejść. Płynąc wraz z rzeką kibiców spotykały się dość często grupy nieco bardziej rozemocjonowanych fanów piłki obu drużyn wznosząc okrzyki sławiące swoich faworytów. Były to okrzyki, co z przyjemnością zanotowałem bez cienia nienawiści, czy agresji.

 

Stadion zrobił na mnie niesamowite wrażenie, muszę przyznać, ze po raz pierwszy byłem na tak dużym obiekcie (pojemność ok. 75 tysięcy miejsc). Ponieważ nie jestem zapalonym kibicem piłkarskim, jedynym odwiedzonym przeze mnie stadionem był ten należący do klubu piłkarskiego RKS Radomiak przy ulicy Struga. Oczywiście nie ma tutaj żadnego porównania polecam odwiedzić stronkę, dla wszystkich, ciekawych tej niesamowitej budowli: http://www.crokepark.ie/

 

Bez problemu znalazłem właściwy sektor i rząd, praktycznie cała trybuna wypełniona była po brzegi Rodakami, na pozostałych dwóch znaleźli się kibice obu drużyn. Doping był przytłaczający, czuło się potęgę i dominację naszej widowni nad pozostałymi trybunami. Kiedy z tysięcy polskich gardeł wydobył się hymn narodowy to miałem wrażenie jakby cały stadion śpiewał –niesamowite wrażenie. Pomimo pewnych kłopotów orkiestry grającej hymn (może dopiero zaczęli ćwiczyć dzień przed meczem?) kibice dzielnie przejęli pałeczkę dyrygenta i poprowadzili dalej. Po gwizdku sędziego cała trybuna falowała. Pierwszy gol i publika oszalała. Nie będę tutaj przytaczał relacji, z tego, co się działo na boisku, bowiem informacje na ten temat można bez problemu znaleźć na serwisach sportowych. Mogę za to opowiedzieć o atmosferze panującej na polskiej trybunie. Klimat był wręcz fantastyczny, kibice polscy wczorajszego wieczoru to w przytłaczającej większości młodzi ludzie pomiędzy 25 a 40 rokiem życia plus pewna grupa dzieci ubranych w stroje białoczerwone oraz nieco większa grupa osób powyżej 40 roku życia. Większa część posiadała ubrania nawiązujące w pewnym stopniu do polskich barw narodowych. Zauważyłem, że ludzie byli pozytywnie nastawieni do siebie, co się nieczęsto zdarza na meczach polskiej ligi, zagadywali się nawzajem całkiem sobie obcy kibice nawet częstowali się jedzeniem. Doping w 90 procentach pozytywny, pozostałe 10 procent przyśpiewek miało zabarwienie zdecydowanie negatywne, ich adresatem był PZPN oraz islandzki sędzia, który podyktował rzut karny dla Irlandczyków. Polacy wielokrotnie tworzyli tzw. „falę” na trybunie, przeciągali ogromną flagę Polski i zgodnie skandowali hasła oraz intonowali pieśni zagrzewające polskich piłkarzy do większego wysiłku. Zatem generalnie kibice spisali się na medal nagradzając w kulturalny sposób skuteczną (ale nie rewelacyjną) grę naszej narodowej reprezentacji. Irlandczyków na trybunach było jak na lekarstwo, zaś ci, co przyszli stanowili przekrój całego społeczeństwa irlandzkiego. Widziałem grupy Irlandczyków w wieku gimnazjalnym przypominające polskie klasy podczas wyjścia do kina. Od najmłodszych do najstarszych, całymi rodzinami poubierani w zielone koszulki nie mogli dać skutecznego oporu zjednoczonym gardłom polonii irlandzkiej. Mecz jak wszyscy wiedzą miał dramatyczny przebieg podczas ostatnich 10 minut, na szczęście piłkarze z orłem na piersiach wytrzymali do końca i utrzymali korzystny wynik. Usłyszawszy końcowy gwizdek sędziego Polacy cieszyli się jakby pokonali Niemców, radość była ogromna i trwała jeszcze długo w pubach po północnej stronie Liffey. Właściciele knajp zacierali ręce, bowiem obroty w środku tygodnia skoczyły o dobre 200 procent.

Teraz czekamy do marca na spotkanie z Irlandczykami z północy. Polonia irlandzka z pewnościa nie zawiedzie i stawi się tłumnie w Belfaście.

17:14, radomski.vis
Link Dodaj komentarz »
środa, 19 listopada 2008
Mecz Irlandia - Polska

Historyczne spotkanie Mecz Irlandia - Polska

 

Dzisiaj o godz. 20.00 czasu lokalnego odbędzie się mecz towarzyski reprezentacji Irlandii i Polski na największym obiekcie sportowym na wyspie – Croke Park. Wielu Rodaków zadeklarowało obecność w trakcie tego historycznego wydarzenia. Podobno więcej niż połowę wejściówek zakupili emigranci z naszego kraju, w końcu taka gratka dla kibica nie zdarza się, co miesiąc. Ceny biletów kształtowały się od 40 euro za miejsca za bramkami do 55 euro za lokację na dłuższej trybunie. Obie reprezentacje będą grać w osłabionym składzie bez czołowych piłkarzy. Czy polska drużyna pomimo meczu o „pietruszkę” stanie na wysokości zadania i zapewni widowisko na prawdziwie europejskim poziomie? Tego się dowiemy dopiero dzisiejszego wieczoru.

 

Nie udało się zebrać w firmie ekipy, która zagrzewałaby naszą reprezentację do gry. W sumie na trybunach spośród kilkunastu współpracowników – Polaków zasiądzie nas tylko dwóch, słabą frekwencję staram się złożyć na karb przedstawicielek płci pięknej raczej niezainteresowanych futbolem, a które stanowią większość białoczerwonych w naszym miejscu pracy. Prawdopodobnie także i cena zrobiła swoje. Wielu znajomych szykuje się do obejrzenia spotkania w pubie. Już sobie wyobrażam „Zagłobę” i „Kanał”, gdzie pewnie nie będzie można wcisnąć nawet szpilki. Jeśli większość z Polaków-emigrantów nie uda się tego pamiętnego wieczoru do knajpy to w najlepszym wypadku zaopatrzeni w zapasy ojczystego piwa zasiądą przed szklanym ekranem u siebie w domach.

 

Mam nadzieję, że zachowanie naszych kibiców nie przysporzy miejscowym dziennikarzom z podrzędnych gazet okazji do napisania napastliwych artykułów, traktujących o negatywnym wpływie emigrantów na miejscowe stosunki społeczno-gospodarcze. Trzeba powiedzieć, że ostatnimi czasy kilka takich niepokojących newsów pojawiło się w prasie codziennej m.in. w Metrze. Dzięki temu spotkaniu nadarzy się sposobność do przekonania się na własnej skórze jak kibicują Irlandczycy. Nie spodziewam się jakichś zielonych tłumów z tego względu, że na wyspie sporty gaelickie cieszą się ogromną popularnością, zaś piłkę nożną uważano jeszcze całkiem do niedawna za domenę swego największego wroga – Anglików. Przypomnę tylko, że dopiero od kilku lat na stadionie Croke Park rozgrywane są mecze futbolowe. Przez ok. 90 lat istnienia stadion był narodowym sanktuarium hurlingu, gaelic football’u oraz rugby. Dopiero w ostatnich latach właściciel zmodernizowanego obiektu GAA (Gaelic Athletic Association) zgodził się na rozgrywanie meczy w piłkę nożną, co znacznie wpłynęło na powiększenie dochodów stowarzyszenia.

Sprawozdanie meczu postaram się zaserwować już jutro, zaś notkę o Stanisławie Frydbergu w ciągu kilku najbliższych dni.

15:59, radomski.vis
Link Komentarze (1) »
wtorek, 18 listopada 2008
Powrót do matecznika, czyli co można znaleźc w irlandzkim archiwum?

National Archives of Ireland

Bardzo byłem ciekaw jak wygląda miejscowe (irlandzkie) archiwum państwowe, z uwagi na fakt, iż już wcześniej miałem przyjemność pracować w polskim archiwum, jako stażysta postanowiłem się przejść do najważniejszego archiwum w Irlandii i przekonać się, czy dla polskiego emigranta znajdzie się coś ciekawego w tutejszych zbiorach.

National Archives of Ireland znajduje się na Bishop Street, Dublin 2 - 10 minut piechotą na zachód od St. Stephen's Green. Kiedy pierwszy raz poszedłem na poszukiwania tejże instytucji to błądziłem grubo ponad godzinę nie mogąc jej znaleźć. Już na samym początku archiwum robi dobre wrażenie, automatyczne drzwi otwierane za pomocą czujnika ruchu powodują bezstresowe wkroczenie do tej już trzystuletniej instytucji. Na portierni powitał mnie miły, starszy jegomość i tak jak w Polsce trzeba było się wpisać do "księgi gości". Potem szatnia i windą na 5 piętro do czytelni. Tam wypełniłem formularz na trzyletni okres korzystania z zasobów archiwalnych. Do wykonania kwerendy można skorzystać z pomocy archiwalnych w postaci inwentarzy oraz spisów zdawczo-odbiorczych (rzadziej). Dodatkowo polecam zapoznanie się z bazą danych, w której znajdują się nie tylko nazwy zespołów, ale i poszczególnych jednostek archiwalnych.

National Archives of Ireland, Bishop Street, Dublin 2

Do NAI przyszedłem w ściśle określonym celu – namierzenia jednostek archiwalnych dotyczących kontaktów polsko-irlandzkich, stosunków dyplomatycznych oraz wszelkich możliwych śladów obecności Polaków na Zielonej Wyspie. Z uwagi na geograficzne położenie Irlandii oraz niski poziom zainteresowania obu narodów dość egzotycznymi dla siebie krajami dokumentów odkrywających przed nami takie relacje jest raczej jak na lekarstwo. Rozpoczynając poszukiwania pierwsze dokumenty zamówiłem z zespołu Departament of Foreign Affairs, który wydaje się być najzasobniejszym w poszukiwane informacje. Wykonana pobieżnie kwerenda za pomocą baz danych umieszczonych na stronach internetowych NAI dała rezultaty w postaci ok. 80 rekordów wyrzuconych po wprowadzeniu kluczowych słów Poland i Polish. Jednak to nie są wszystkie jednostki związane z obecnością Rodaków na wyspie. Wystarczy rozpocząć przeszukiwanie baz danych strona po stronie, aby po przejrzeniu kilkudziesięciu tysięcy rekordów zanotować grubo ponad setkę pożądanych pozycji. Jednakże odkryłem w tym tygodniu, że nawet przeszukiwanie rekord po rekordzie baz danych nie gwarantuje uchwycenia poszukiwanych teczek. Oczekując na materiały w czytelni z ciekawością zainteresowałem się tradycyjnymi pomocami archiwalnymi. Przejrzawszy szczegółowo jeden z inwentarzy zanotowałem wyniki i porównałem je z efektami poszukiwań w bazach danych. Ku mojemu zaskoczeniu w bazach znajdują się luki, nie ma np. pełnego wykazu spraw konsularnych. W tradycyjnym inwentarzu (Dept. Of Foregin Affairs, 400 Series) znalazłem kilkanaście osób o polsko brzmiącym nazwisku, których darmo szukać na stronach internetowych NAI! Trzeba będzie powtórzyć kwerendę, nie ma to jak stara, dobra i żmudna metoda ręcznego przeszukiwania tradycyjnych pomocy archiwalnych ;).

Na same dokumenty z wyjątkiem dwóch jednostek musiałem poczekać ok. godziny. Część zbiorów znajduje się w kilku miejscach rozrzuconych po Dublinie z tego względu dostarczone zostały na Bishop Street dopiero po dwóch dniach. W tym miejscu nasuwa mi się porównanie z Archiwum Akt Nowych, na zamówione jednostki archiwalne, które znajdują się na miejscu w tym samym budynku trzeba było poczekać do następnego dnia, chociaż mogło się przez ostatnie dwa lata od czasu mojej ostatniej wizyty coś zmienić, ale nie sądzę.

Pierwszą ciekawszą teczką, jaka mi wpadła w ręce była poświęcona przyjazdowi do Dublina na koncert charytatywny europejskiej klasy skrzypka Stanisława Frydberga. O tej postaci i rezultatach poszukiwań napiszę w następnej notce.

17:30, radomski.vis
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 06 listopada 2008
Wizyta w Polsce. Dzień 3

Dzień 3. Piątek 31 października 2008. Powrót na Zieloną Wyspę.

Tego dnia musiałem wstać jeszcze wcześniej, aby zdążyć na samolot odlatujący do kraju leprechaunów. Nie było praktycznie żadnych trudności z dotarciem samochodem do Krakowa, ale tylko dlatego, że zdążyłem dzień wcześniej rzucić okiem na serwis zumi.pl. Gdybym zdecydował się na wyjazd bez mapy i jakiejkolwiek wiedzy na temat drogi do lotniska w Balicach to pewnie bym się do dzisiaj błąkał po bezdrożach dawnej stolicy Piastów. Wjeżdżając od strony Radomia/Kielc/Warszawy trasą E-7 do Krakowa trudno spotkać tablicę informacyjną, dzięki której moglibyśmy się zorientować którędy jechać do centrum, czy do Balic, a na tej jedynej, która znalazła się na trasie naszego przejazdu nie było ani słowa, czy też innego znaku ideograficznego prowadzących na pobliskie lotnisko. Rozumiem, że władze exstolicy Polski oraz większość mieszkańców tego szacownego grodu orientuje się w położeniu portu lotniczego, no ale niech nie rozciągają tej wiedzy na przyjezdnych lub/i turystów pragnących skorzystać z powietrznego środka lokomocji. Dopiero gdzieś w połowie drogi pomiędzy wjazdem do Krakowa a zjazdem na lotnisko pojawił się ideogram prowadzący do Balic. Doprawdy nie rozumiem czemu władze Krakowa tak obcesowo traktują przyjezdnych przecież koszt postawienia tablic informacyjnych na trasie pełniącej de facto rolę krakowskiej obwodnicy w porównaniu do pieniędzy zostawianych przez turystów w tym mieście jest znikomy.

Tym razem podczas podróży do Polski nie posiadałem na szczęście żadnego większego bagażu poza podręcznym, dzięki czemu odprawiłem się online i nie stałem w kolejkach do "czekinu". Zadowolony podszedłem do stanowiska, gdzie Straż Graniczna sprawdza, czy czasem na pokład samolotu jakiś potencjalny terrorysta nie chce wnieść przedmiotów niebezpiecznych, a tam prawie co druga osoba musiała ważyć bagaż podręczny (pierwszy raz coś takiego zobaczyłem po nadaniu bagażu głównego!)  i niektórzy musieli przepakowywać się. Co prawda moja torba ciężka nie była, no ale lekki dreszczyk emocji przeszedł się po plecach. Oczywiście musiałem wyskoczyć ze swoich butów (prawie zawsze coś "pika", kiedy przechodzę przez bramkę), w torbie natomiast znalazły się przedmioty, które skłoniły strażnika do sięgnięcia ręką na dno. Zaciekawiony wytargał z czeluści bagażu nie laski dynamitu, ale kilka podłużnych opakowań chałwy schowanych przez Mamę. Bardzo miło z kolei tym razem rozmawiało się z celnikiem na temat pieczątki nieopatrznie wbitej podczas przekraczania, którejś z granic, "dzień dobry" i "dziękuję" oraz inne uprzejmości składały się na tą konwersację. Jak się chce to można, oby reszta celników wzięła dobry przykład z tej jednostki. Niestety na do widzenia już nie było tak miło. Otóż pani zatrudniona przez Ryanaira przy tzw. "boardingu"  posiada chyba jakąś uzasadnioną bądź i nie awersję do Rodaków. Kiedy Irlandczycy podchodzili z biletami tej pani nadzwyczaj gładko przechodziło przez gardło "Hello, how are you?", "Thank you" itd. natomiast w momencie, w którym stanąłem przed jej obliczem to na "Dzień dobry" nawet się nie spojrzała w oczy. No cóż.... podstawowy poziom "customer service" na polskim lotnisku niestety wciąż dotyczy tylko jednostek.

18:16, radomski.vis
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 04 listopada 2008
Wizyta w Polsce. Dzień 2

Dzień 2. Czwartek 30 października. Egzamin magisterski

Wstałem o 8.30, bez pośpiechu zjadłem śniadanie i rozpocząłem przygotowania do podróży. O dziwo garnitur, w którym spodziewałem się wystąpić na egzaminie finalizującym studia nie leżał już na mnie tak jak podczas ceremonii ślubnej. Niezrażony tym wsiadłem do samochodu i udałem się na wschód, do Lublina. Droga układała się gładko do momentu minięcia tabliczki z napisem Zwoleń. Jak sięgam pamięcią zaczynał się tutaj ok 100 metrowy odcinek "kocich łbów", tym razem jednak zamiast nierównej nawierzchni pojawili się robotnicy z ciężkim sprzętem remontując newralgiczny punkt na trasie. Kolejne chwile radości przeżyłem dojeżdżając do miejscowości Góra Puławska. Pamiętam, kiedy dwa lata temu rozpoczynałem SUM w Lublinie mijaliśmy miejsce, w którym miała mieć początek północna obwodnica Puław zastanawialiśmy się z koleżankami  w samochodzie, czy się jeszcze "załapiemy" w trakcie studiów na podróż nowym mostem przez Wisłę. Tak się szczęśliwie złożyło, że zdążyłem przejechać nową trasą zanim ukończyłem studia ;)Na UMCSie pojawiłem się punktualnie. Pod katedrą czekało już kilkoro "europeistów”, więc zrobiło się nieco raźniej. Wśród nich znajdował się radomianin, który poświęcił magisterium dziejom piłki nożnej w naszym mieście przy szczególnym uwzględnieniu historii klubu piłkarskiego "Radomiak". Sam egzamin miał przebieg krótki i bezbolesny, na wszystkie pytania potrafiłem odpowiedzieć. Tego dnia stałem się dumnym posiadaczem kolejnego dyplomu, który na obecną chwilę nie zmienia ani na jotę mojej pozycji zawodowej oraz finansowej. Jednakże patrząc na swoją karierę okiem długodystansowca dokument ten posiada znaczenie niebagatelne. Kolejny krok w realizacji planu został uczyniony;). Z dziekanatu pobrałem kartę obiegową i udałem się w tournee po instytucjach uniwersyteckich w celu z mojego punktu widzenia archaicznego i pozbawionego sensu w obecnych czasach zadośćuczynienia tradycji kolekcjonowania pieczątek. O ile jestem jeszcze w stanie zrozumieć potrzebę przybicia pieczątek Biblioteki Głównej oraz Czytelni Instytutu Historii o tyle nie mogę pojąć konieczności zdobycia odcisku pieczętnego wszystkich domów studenckich, Akademickiego Ośrodka Sportowego, czy biblioteki Instytutu Filozofii i Socjologii. Po kiego grzyba mam udowadniać, że jestem nie jestem z daną instytucją na bakier, kiedy nigdy w życiu nie korzystałem z jej usług? Tak na marginesie panie zawiadujące czytelniami instytutów innych niż historyczny nawet nie sprawdzały, czy wyrobiłem kartę, zresztą nawet gdybym takową wyrobił to i tak nie mógłbym wypożyczyć książki tylko musiałbym skorzystać z niej na miejscu. Administracyjny absurd odziedziczony po głębokim peerelu tak należy skwitować ten małozabawny i czasochłonny proceder. Oczywiście nie zdobyłem nawet połowy wymaganych pieczątek, gdyż nie starczyło mi na to czasu, poza tym w niektórych instytucjach osoby odpowiedzialne za przybijanie pieczątek skończyły już pracę. Chyba będę musiał przy odbiorze dyplomu zarezerwować specjalnie jeden dzień na doprowadzenie tej sprawy do końca. Zanim powróciłem do Radomia skorzystałem jeszcze z księgarni uniwersyteckiej, gdzie zakupiłem W służbie imperium... Tak się szczęśliwie złożyło, że spotkałem autora tejże pozycji, z którym dawno się nie widziałem. Do grodu nad Mleczną wróciłem późnym wieczorem.

15:15, radomski.vis
Link Komentarze (2) »
sobota, 01 listopada 2008
Wizyta w Polsce. Dzień 1

Dzień 1. Środa 29 października.

Do Polski udałem się na trzy dni (29-31 października) liniami lotniczymi Ryanair. Firmy nie muszę chyba nikomu przedstawiać. Usługi oferowane przez irlandzkiego niskobudżetowego przewoźnika charakteryzują się przede wszystkim konkurencyjnymi cenami dzięki, którym zjednał sobie przychylność dość sporej rzeszy Rodaków. Jednakże poza tym atutem trudno dostrzec innych pozytywów. Mnie firma kojarzy się przede wszystkim z samolotami wyposażonymi w siedzenia dostosowanymi do wzrostu "średniowiecznych" ludzi. Głównym i jedynym powodem, dla którego tym razem udałem się w podróź do Ojczyzny był egzamin magisterski wyznaczony przez promotora na przedostatni dzień października.

Samolot wylądował o czasie (12.30) i bez zbędnych ceregieli (nie miałem bagażu) udałem się przed oblicze celnika. Na uprzejmość "dzień dobry" nie otrzymałem żadnego responsu podobnie jak i na "do widzenia". To pierwsze wrażenie utwierdziło mnie w przekonaniu, że pod względem jakości świadczonych usług załoga krakowskich celników niewiele się różni od swych warszawskich kolegów. Ponieważ pierwszy raz leciałem samolotem do Krakowa byłem bardzo ciekawy jak wygląda Port Lotniczy im. Jana Pawła II.

Po wyjściu ze strefy celnej i szybkim ogarnięciu wzrokiem hali zorientowałem się, iż lotnisko do większych raczej nie należy. Przed terminalem spodziewałem się ujrzeć środek transportu sponsorowany przez lokalne komunalne przedsiebiorstwo komunikacji, a jeśli nie to chociaż znaki informujące jak do niego dotrzeć. Tymczasem zobaczyłem taksiarzy oraz autobus dowożący pasażerów na pociąg, który z kolei jechał na Dworzec Główny w Krakowie. Zero oznakowania, zero informacji! Ponieważ do pociągu odjeżdżającego do Radomia pozostało mi zaledwie 42 minuty zacząłem gorączkowo poszukiwać autobusu miejskiego w okolicach płyty parkingowej oczywiście bezskutecznie. Zrezygnowany wszedłem do autobusu łączącego lotnisko z najbliższą stacją kolejową, no i się okazało, że "przystań" lokalnego "MPK" znajdowała się po prawej stronie od wyjścia z lotniska w "ukrytej" uliczce. Zanim ruszyliśmy miałem wątpliwą przyjemność konwersować z kierowcą autobusu PKP. Na pytanie w jakim kierunku udaje się rzeczony wehikuł, w odpowiedzi usłyszałem: "na tablicy napisane!". Pomijam już fakt, że tablica wetknięta za szybę była połowicznie zakryta, ale wypowiedź doskonale wpisywała się w trend rozpoczęty już w celniczym kiosku, czyli zniechęcania podróżnego do jakiejkolwiek próby komunikacji z osobami odpowiedzialnymi za jego obsługę.

Szczerze mówiąc, a raczej pisząc to do momentu wyjazdu na zieloną wyspę nie zauważałem tego braku szacunku ludzi wobec siebie, dopiero teraz rozpieszczony irlandzkim poziomem "customer service" dostrzegłem tą anomalię. Kolejnym wyrazem braku poszanowania było podstawienie jednego autobusu dla podróżnych. W środę było naprawdę ciepło i ludzie upchnięciu w pojeździe bardzo się męczyli. Wyobrażam sobie, co musieli czuć Irole upchnięci w tej puszce jak sardynki. W tym miejscu muszę nadmienić, że na lotnisko w Dublinie podjeżdżają autobusy co kilka minut i nigdy nie zanotowałem tłoku, który przecież na tak obleganym lotniku powinien wystąpić. No, ale cóż.... nie ma potrzeby podstawiać dwóch autobusów, kiedy można jeden, a potem się "obróci" i nie będzie problemu, a to, że turyści mdleją w ścisku, a ci pozostali na zewnątrz denerwują się, że nie zdążyli (niektórym dosłownie zamknięto drzwi przed nosem) to już nie nasz kłopot. Wschodnia mentalność ma się nadzwyczaj dobrze....

Na pociąg do Radomia oczywiści nie zdążyłem (spóźniłem się 5 minut). Następny pociąg był o 13.30 do Kielc (osobowy). Chciałem się dowiedzieć w punkcie informacyjnym, czy dostanę się tym składem do Radomia, gdyż według informacji na stronach internetowych PKP rzeczony pociąg winien bezpośrednio udać się do mojego miasta. Niestety ciągi komunikacyjne były tak upstrzone tandetnymi szyldami, że zajęło mi dobrą chwilę zanim wyłapałem mało rzucająca się w oczy wskazówkę, gdzie znajduje się punkt informacyjny.  Po dotarciu do rzeczonego punktu zrezygnowałem z możliwości skorzystania z jego usług wskutek ogromnej kolejki. Wobec tego udałem się na poszukiwania dworca PKS względnie miejsca postojowego dla busów.

Budynek dworca autobusowego prezentuje się znakomicie i nieporównywalnie lepiej się w nim czułem niż na dworcu kolejowym. Według tablicy prezentującej godziny przyjazdów i odjazdów najbliższy autobus do Radomia udawał się późnym wieczorem, już miałem wychodzić z budynku, kiedy na drugiej tablicy informacyjnej (elektronicznej) wyświetliła się pozycja z Radomiem jako miejscem leżącym na tranzycie z Krakowa do Lublina. Ponieważ była dopiero godzina 12.45 a wehikuł odjeżdżał 30 minut później ze spokojną głową ustawiłem się w długiej kolejce do kas biletowych. Mimo, że otwarte były trzy stanowiska ze sprzedażą biletów wężyk oczekujących wcale nie malał, a wręcz przeciwnie wydłużał się. Po około pięciu minutach zaintrygował mnie komunikat wydobywający się z głośników otóż pani za mikrofonem powtarzała kilkakrotnie informację o dostępności biletów komunikacji krajowej w kasie sprzedającej takowe na trasach międzynarodowych. Wyrwałem się z kolejki do tejże kasy i o dziwo... była zamknięta. Po kiego grzyba puszczano fałszywy komunikat??? Może w celu urozmaicenia czasu podróżnym stojącym w kolejce? Dopiero, kiedy znowu powróciłem na stare miejsce kolejka się porwała i stojący utworzyli tasiemiec do kasy międzynarodowej. Wówczas zrozumiałem dlaczego nikt nie reagował na komunikaty. Po kwadransie lekko zniecierpliwiony w końcu dotarłem do okienka i poprosiłem o bilet do Radomia na wspomniana godzinę. W odpowiedzi usłyszałem, że jest to kurs zorganizowany przez prywatną spółkę przewozową (bus), a bilet jest do nabycia bezpośrednio u kierowcy.... Zakląłem siarczyście, tajemnica różnicy w wyświetlanej treści pomiędzy tradycyjną a elektroniczną tablicą stała mi się znana. Tylko dlaczego nikt podróżnych o tak istotnych kwestiach nie informuje??? To nic była 13.00 pognałem na busa, ale tam już kłębił się tłum chętnych. Szybko policzyłem 15 osób na zewnątrz, w środku ok. 7-8 miejsc wolnych - nie dam rady się załapać.

Ostatecznie wróciłem na stację PKP i wykupiłem bilet do Kielc na osobowy. Pociąg wyglądał tragicznie, odpadająca farba, smród, brud i syf w środku nie zapowiadały komfortowej podróży. Dwie i pół godziny zajęło dotarcie do grodu nad Silnicą, potem dopłata do biletu, przesiadka w pośpieszny do Radomia jeszcze półtorej godziny i ok. 17.40 wreszcie znalazłem się w rodzinnym mieście. Wychodząc z tunelu tradycyjnie powitał mnie rząd obskurnych budek z "mydłem i powidłem". Zadałem sobie pytanie: Jak długo jeszcze będą stały? Jestem w stanie zrozumieć mijając ostatnią z nich należącą do znanego radomskiego piekarza, że przed wyborami samorządowymi były nie do ruszenia, no ale po nowym rozdaniu za nowej władzy miały zniknąć, nie zniknęły. Mijałem je rok temu, kiedy opuszczałem miasto, wracam i widzę, że wciąż twardo stoją i witają podróżnych.

Postanowiłem do domu rodziców przejść się na piechotę. Najpierw ulicą Traugutta, przypomniały mi się z dzieciństwa neony, którymi hojnie ta arteria była niegdyś przyozdobiona, potem Mickiewicza - na rogu (Mickiewicza/Waryńskiego) mieścił się niegdyś sklep z elektroniką, dzisiaj pomieszczenia zaadaptowane zostały na potrzeby kasyna. Idąc ulicą noszącą imię polskiego wieszcza narodowego rozpoznałem w stojącym przechodniu wiceprezydenta Marszałkiewicza deliberującego z kimś innym. Potem Żeromskiego, na której tyle razy spotykałem się ze znajomymi, przyjaciółmi. Dzisiaj "Żeromka" jest nie do poznania, wyremontowana i oświetlona zachęca do spacerów. Przed dawnym gmachem Komisji Województwa Sandomierskiego trwa remont nawierzchni według nowej koncepcji architektonicznej. Mam nadzieję, że w przyszłym roku będzie można już podziwiać piękno gmachu wraz ze zmodernizowanym otoczeniem. Ulicą Focha dotarłem na Plac Jagielloński, gdzie niestety postawiono obok "ubikacji" kwiaciarek kolejny koszmarek architektoniczny, którego koncepcja przypomina wczesnego Gomułkę. Szkoda, bo mógłby to być fajny kawałek miasta, obok braku szacunku dla ludzi kłania się w tym przypadku brak szacunku dla architektury miejskiej. Mijając Teatr zauważyłem kilkadziesiąt samochodów, rejestracje wskazywały na właścicieli z Radomia (ok. 80%), Kozienic, Skarżyska oraz dalekiej Pszczyny. Osobiście wolałbym, żeby te relacje były odwrócone. Chciałbym kiedyś zobaczyć pod Teatrem w czasie Festiwalu Gombrowiczowskiego większość samochodów na "blachach" innych niż radomskie, a najlepiej pojazdy z rejestracjami europejskimi. Przeszedłem się jeszcze ulicą Chrobrego i skróciłem sobie drogę wsiadając do autobusu miejskiego. A w domu czekali już rodzice ze znakomitym obiadem, nie ma to jak rodzinny posiłek przyrządzony z polskich produktów.

17:16, radomski.vis
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 16 października 2008
Czym dla mnie jest Blog?

Rozpoczynąc pisanie dziennika warto postawić sobie pytanie zawarte w tytule. Powody utrwalania za pomocą internetu swoich myśli są różne u różnych ludzi. Dominują wśród nich m.in chęć podzielenia się swoją pasją z innymi, zaprezentowanie swojego światopoglądu, czy nawet zwierzanie się ze swoich osobistych uczuć. Jeśli chodzi o motywy, które skierowały mnie na stronę blox.pl to przede wszystkim chęć utrwalenia w formie zapisu elektronicznego swoich przeżyć na szmaragdowej wyspie oraz próba realizacji swojej małej pasji, jaką jest badanie przeszłości. Kolega po fachu wyraził się w ten sposób: "Na twoim miejscu pisałbym dziennik, pamiętnik lub cokolwiek, jako historycy musimy pozostawiać jakieś źródła relacyjne". Poza tym trochę treningu w przelewaniu myśli na słowo pisane bardzo dobrze mi zrobi, bowiem ostatnio trochę zarzuciłem tę formę spędzania wolnego czasu na rzecz innych komputerowych przyjemności, przez co ta cenna umiejętność straciła na wartości, co zresztą dość łatwo zauważyć.

Z wykształcenia jestem historykiem z ukończoną specjalizacją dokumentalistyczno-archiwalną oczekującym na egzamin magisterski. Obrona magisterium wstępnie ma się odbyć pod koniec października wówczas, jeśli wszystko dobrze pójdzie będe mógł się cieszyć z zakończenia studenckiego etapu w moim życiu, chociaż nie bez łezki w oku. Do Irlandii przylecieliśmy razem z żoną niemal rok temu. Po nieco trudnych i dość ciekawych początkach udało nam się wreszcie tutaj ustabilizować i rozpocząć w miarę normalne życie. Upłynęło już wystarczająco dużo czasu, aby obiektywniej spojrzeć na przeszłość poza tym przyszła chyba pora na pewne podsumowania.

14:07, radomski.vis
Link Dodaj komentarz »
web stats stat24

Ciekawe? Czytaj dalej na BlogFrog.pl

statystyka